Czas pogardy

Dariusz Zalega


Strajk w chorzowskiej Hucie Batory przypomniał, że pojęcie walki klas nie skończyło na śmietniku historii. A także o tym, że każda walka może zakończyć się porażką, ale bez tej walki przegrywa się od razu.
Stanął sam wśród robotników – był w końcu panem prezesem. Usłyszeli: „No i co, jestem! Czego chcecie?” A ci zaczęli mówić o zwolnieniach, nierównych płacach, strachu w zakładzie. Prezesa nie zbiło to z tropu: „A ja jechałem do pracy z tą myślą, żeby dać wam bony świąteczne”. Ludzie w śmiech. Krzyki „Czyli co? Nie przystępujecie do pracy?” Wszyscy: „Nie”.
Tak zaczął się strajk w Hucie Batory.

xxx

Produkty Huty Batory to prawdziwa galanteria na rynku wyrobów hutniczych. Zakład z prawie 140-letnią tradycją specjalizuje się w produkcjinajwyższej jakości stalowych rur bez szwu o dużych przekrojach.  W 2005 r. huta trafiła pod skrzydła grupy kapitałowej Romana Karkosika, obecnej Alchemii. Większość pracowników ma kilkudziesięcioletni staż pracy, mieszka blisko zakładu, a nawet kibicuje temu samemu klubowi piłkarskiemu – Ruchowi Chorzów. To miało znaczenie...
Były inwestycje, rósł eksport i zyski (w 2011 r. Alchemia zarobiła 118,4 mln zł - ponad 700 proc. więcej niż rok wcześniej). Z płacami też było dobrze. Na spotkaniu 29 września 2011 r. w  Urzędzie Miasta Chorzów Karina Wściubiak-Hańkó, prezes Alchemii SA, zapewniała o dobrej kondycji firmy. Według dziennikarzy „rozwiane zostały wątpliwości mieszkańców i związków zawodowych, które obawiały się redukcji etatów i zmniejszenia produkcji”. Jednak, jak w strategii każdej firmy, i w tej Huty Batory jest zapis o „stałej poprawie wydajności  poprzez poprawę organizacji pracy”. Zasady są proste – akcjonariusze liczą na duże zyski, więc trzeba zdobywać nowe rynki, ale też ciąć koszty. Tym bardziej, że 64,54 proc. udziałów w Alchemii ma Roman Karkosik, a 10,88 proc. jego żona. A ten jeden z najbogatszych Polaków, jak wspominała obecna prezes Alchemii, „przydziela trudne zadania, ponad siły. Działa na ambicję. Sądzi, że jego krytyka wyzwala w nas kreatywność i pomaga w naszym rozwoju. Mam to samo”.
W połowie ubiegłego roku zaczęło się „optymalizowanie kosztów”. Alchemia podpisała umowę z agencją pracy tymczasowej Work Service, która miała objąć wszystkie podmioty tej grupy kapitałowej. Jak tłumaczyła Wściubiak-Hankó, „kryzys nauczył, że elastyczne formy zatrudnienia mają kluczowe znaczenie”.Pracownicy, którym kończyły się umowy na czas określony, dostawali prosty wybór: odchodzą, albo przechodzą pod agencje – za o połowę niższe płace. Z początkiem lipca zarząd Huty Batory wypowiedział Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy. Latem związki zawodowe organizowały pikiety – wszystko nagrywały kamery zakładowe i poszły zwolnienia.
Robotnicy liczyli, że związki coś załatwią. Rozmowy ciągnęły się jednak kilka miesięcy, związki czekały na negocjatorów, a wzburzenie załogi rosło. W końcu obok siebie, na tych samych stanowiskach, pracowali ludzie, których pensje różniły się o dwukrotnie.
W grudniu prezes Huty Batory, Józef Spik,  spotkał się z załogą stalowni i postawił ultimatum: albo zrezygnujecie z 75 procent premii, albo „będzie trenował zwolnienia grupowe”. Powód: kryzys światowy, malejące zyski, choć wyniki Alchemii mogły dowodzić czegoś przeciwnego.
Jedna trzecia ówczesnych zarobków hutników – którzy mieli po 3 tysiące na rękę, to były właśnie premie. Nie było zgody na cięcia.
Podczas lutowych mrozów Spik zarządził pracę w soboty i niedziele, żeby nie zamarzły maszyny, a robotnicy na to przystali – w końcu to też ich zakład. Prezes obiecywał po 100 proc. dodatku za te dwa dni, ale na stalowni wypłacił, a na rurowni kazał odebrać dwa dni wolnego. W rurowni 2-godzinny ni to strajk, ni przestój. Nerwy, nerwy... i perspektywa zwolnień.
Prezes odrzucił propozycję regulaminu zwolnień zaproponowaną przez związkowców i przedstawił własną. W punkcie czwartym wyraźnie pisało: „nie dotyczy osób – jedynych żywicieli rodzin”. Grzegorz: „Dwa tygodnie przed świętami wielkanocnymi pięciu naszych kolegów zostało zwolnionych, w tym także jedyni żywiciele rodzin, przykładowo z niepracującą żoną i trójką dzieci”.
Nie trzeba było wiele, żeby wzburzyć ludzi. Zwolnienia i polityka dyrekcji były głównymi tematami rozmów w zakładzie. Do tego doszedł nowy temat: trzeba coś zrobić. Strajk? Ale związki już tyle negocjują i bez efektów, a jakby tak samo wlekła się sprawa legalizacji strajku, to nigdy by się go nie doczekali.
Padło w końcu hasło: - Bydziecie o szóstej rano w poniedziałek? Zaczynamy.
Byli.

xxx

Hutnicy z Batorego jeszcze nigdy nie strajkowali, w hucie nie było strajku nawet w 1980 r. Ostatni strajk zanotowano tam w latach 20., gdy robotnicy chcieli prezesa nawet wrzucić do pieca – skończyło się to lokautem.
W poniedziałek rano, 2 kwietnia, przed pomieszczeniem socjalnym stalowni zgromadziła się  setka pracowników – wszyscy zatrudnieni, poza dozorem i kierownictwem.
Grzesiek: - Miałem wtedy iść na drugą zmianę, ale oczywiście też przyszedłem – i byłem w szoku, że wszyscy się stawili.
Przed 7 w stalowni pojawił się prezes Spik, co mu się rzadko zdarzało, ze swoją historią o bonach świątecznych. Ludzie zostali -  liczyli jednak na jakiś odzew z dyrekcji, myśleli, że postoją ze dwie godziny, a tu nic. Stali 5 dni.
Przyszedł szef stalowni – i to samo. Też grozi, że strajk nielegalny, a oni, że nie wychodzą. Zostają.
Prezes Wściubiak-Hankó grzmi o nielegalnym proteście. Wcześniej młoda i ambitna pani prezes kierowała garbarnią w Brzegu, też należącą do Karkosika. Jak sama wspominała: „Byłam piłą. Ludzie panicznie się mnie bali, ale wtedy te zwolnienia to był jedyny sposób, żeby uratować spółkę przed upadłością. Dzisiaj przykro mi wobec ludzi, których musiałam zwolnić, ale z drugiej strony wiem, że należało tak postąpić. Cel uświęca środki”.
Tyle, że ta garbarnia już nie istnieje.

xxx

Strajk był dziki, nielegalny według prawa, ale... „Jest to spontaniczny protest pracowników, którzy mieli już dość prowadzonych od kilku miesięcy negocjacji z zarządem Huty Batory, które nie przyniosły żadnych rezultatów. Dlaczego? Ano dlatego, że właściciel „Pan” Karkosik działa zgodnie z prawem, tylko pytam: kto to prawo ustanowił?” - pisał Tomek na forum Chorzowianina. Wtórował mu Elektryk: „Wielki szacunek za to, że postawiliście się tym wyzyskiwaczom. Prawo jest od nich i do nich. My, robole, zostali sami.”
Hutnicy nie powołali nawet komitetu strajkowego. Jak była sprawa do załatwienia, po prostu ktoś wchodził na stojącą tam rurę i mówił. O wszystkim decydowali razem. Także o tym, żeby pozwolić opuścić zakład kilku osobom znajdującym się w ciężkiej sytuacji rodzinnej. Razem na stalowni i w rurowni strajkowało ok 350 osób.
Robotnicy dobrze zabezpieczyli cały zakład. Zaspawano nawet bramy wjazdowe. Wejść na zmianę pilnowały grupy strajkujących. Służby techniczne utrzymania ruchu – z innej firmy (też spółki powstałej na bazie rozczłonkowanej Huty Batory) – monitorowały na bieżąco sytuację w zakładzie: suwnice, inne maszyny.
Damian: „Prezes chyba liczył na to, że zaczniemy niszczyć maszyny, a my baliśmy się po prostu prowokacji z zewnątrz”.
Gdy kilka lat wcześniej wybuchł piec w hucie i uruchomiono drugi, słabszy, załoga bez sprzeciwu zgodziła się na niższe wypłaty przez pół roku, byle ratować zakład. Bo czuli, że to ich huta.
W poniedziałek nie byli przygotowani na dłuższy strajk, toteż rodziny musiały donosić prowiant, potem przyszła też pomoc ze związków zawodowych i miasta – choćby koce, bo noce na hali były chłodne.  Tak od siebie, z wyrazami otuchy, przychodzili ludzie z całej dzielnicy. No i czekali na wieści zza bramy, bo nie mieli telewizora, a tylko radio. Ale media jakoś niespecjalnie przejęły się losem hutników gdzieś tam ze Śląska.
Grzegorz: „Trzeba było puścić informację, że przetrzymujemy mamę Madzi, to by zlecieli się wszyscy dziennikarze.”
Mieli przyjechać górnicy na solidarnościową demonstracją pod dyrekcję huty, ale strajkujący tonowali – wciąż liczyli, że jednak coś uda się załatwić, byli w kontakcie z negocjatorem policji.
W negocjacjach z dyrekcją miało brać udział po trzech ludzi ze stalowni i trzech z rurowni – tak jak zażyczył sobie prezes, który też zastrzegł, że nie chce żadnych przedstawicieli związków, a strajkujący chcieli właśnie doradców związkowych.
Prezes stwierdził, że będzie rozmawiał, gdy skończy się strajk, a cała załoga podjęła decyzję: „Strajkujemy dalej”.
Pojawiła się propozycja ze strony dyrekcji: będą rozmowy, ale rurowania ma załadować rury, bo huta ma ważny kontrakt z KGHM. Załoga zgodziła się, byle się dogadać, a wtedy prezes zmienił zdanie: wszyscy muszą wrócić do roboty.
Prezes do policji: zdewastowano własność huty. Przedstawicieli związków zawodowych wezwano na komendę, a okazało się, że chodzi o podeptany trawnik. Potem pojawiła się jeszcze informacja, że zniszczono piec na hucie, policja przyjechała sprawdzić i nic.
We wtorek grał Ruch Chorzów – na swoim stadionie, kilkaset metrów od huty. Kibice wywiesili transparent „Hutnicy z Batorego, jesteśmy z wami”, a po meczu pod hutę przyszło z poparciem 700 kibiców.  Było spokojnie, a po apelu kibice spokojnie rozeszli się. Odbiło się to echem w całej Polsce, a i mocniej musiały się zastanowić firmy ochroniarskie, które mogłyby spacyfikować protest.
Wówczas pojawiły się bowiem nieoficjalne informacje, że strajkujący mają zostać usunięci siłą.  W nocy z środy na czwartek z Bydgoszczy miały wyjechać dwa autobusy z ochroniarzami.
Damian: „Byle nie dać się sprowokować, ale trzeba było przygotować się na wszystko”.
Grzegorz: „Stracha miał każdy. Nikt nie spał tej nocy”.
Mimo zmęczenia ludzie nie zamierzali ustąpić. Mieli też pewną przewagę: na ich halę prowadziło tylko jedno ciasne wejście.
Ochroniarze mieli wejść do akcji o 5 rano, ale ostatecznie policja zablokowała interwencję.

xxx

W trzecim dniu protestu przed bramą zakładu odbyła się msza. Przypomniała się atmosfera z sierpnia 1980 - masa ludzi, komunia i spowiedź przez płot, łzy.
Załoga miała „gorącą linię” z władzami miasta. W piątek na 13 w Urzędzie Miasta Chorzów zaplanowano spotkanie sztabu kryzysowego. Prezes Spik miał żal do komendanta policji, że odmówił interwencji. I ostatecznie ogłosił, że zgodnie z decyzją zarządu Alchemii stalownia zostanie zlikwidowana, a pracę straci ok. 150 osób. 
- Wyprosiliśmy go z sali. Jestem zbulwersowany jego postawą - powiedział zaskoczony Andrzej Kotala, prezydent Chorzowa – członek PO.
Zaczęły się jednak święta – nikt nie wierzył, że będzie aż tak źle. Bo przecież są kontrakty, stalownia musi działać – bo gdy kiedyś próbowano ściągnąć stal z Czech, okazało się to niewypałem. Nawet prezydent miasta powiedział im, żeby we wtorek stawili się w pracy.
Damian: „Uczepiliśmy się tej nadziei – tak, żeby nawet nie wygrywając, to przynajmniej nie stracić”.
W poświąteczny wtorek do pracy stawiła się cała załoga. Pracownicy rurowni zastali zamknięte bramy i przed wejściem dostali do przeczytania artykuł 52 Kodeksu Pracy – o dyscyplinarnym zwolnieniu. Kto chciał pracować musiał podpisać specjalną listę.
Damian: „Rurownia mogła pracować, bo miała jeszcze 5200 ton wlewek do wyrobienia, starczy na trzy tygodnie – a potem znowu trzeba wznowić stalownię.”
I na tym wydziale trwała jednak weryfikacja załogi. Do 19 kwietniu z rurowni zwolniono już 15 osób.
Pod stalownią również stawili się wszyscy pracownicy. Sami przygotowali nawet listy obecności. I nic. Sytuacja powtórzyła się następnego dnia. Wiedzieli, że to już koniec. Zostali postawieni pod ścianą: albo dyscyplinarka, i wtedy mogą się sądzić (na co poszło kilku pracowników), albo rozwiązanie umowy za porozumieniem stron – z zapisem: „niniejsze porozumienie wyczerpuje ich wszelkie roszczenia względem siebie wynikające z tytułu  umowy o pracy”. Potem jeszcze prawnicy dyrekcji dodali: „za opuszczenie stanowiska pracy”. Tym samym, bez konieczności przeprowadzenia zwolnień grupowych, dyrekcja huty zaoszczędziła setki tysięcy złotych. A stalownia najpewniej znów ruszy, tyle że z pracownikami zrekrutowanymi przez agencje pracy tymczasowej.
Grzegorz: „Każdy sam, indywidualnie, musiał podjąć decyzję. Zorganizowaliśmy nawet grupę wsparcia – spotykamy się z kolegami w domach kultury, bo przecież tyle lat przepracowaliśmy razem. Jak jednak można harować za proponowane pensje w hucie? Przy 70 stopniach, gdy ludzie latem mdleją w pracy?”.
Damian: „To sprawa całego kraju, wszystkich robotników, a nie tylko nas stąd – chłopaków z Batorego. Ten wyzysk na śmieciowych umowach musi się skończyć, bo w końcu ludzie wyjdą na ulice”.

xxx

Grzesiek przepracował 31,5 lat na stalowni. Zwolniony.
Damian: 17 lat pracy w hucie. Zwolniony.
Karina Wściubiak-Hankó: „Moim zdaniem nie ma innej możliwości i trzeba rządzić twardą ręką. Im dłużej pracuję, tym częściej staram się szukać takiego balansu przed podjęciem jakiejś ważnej decyzji, ale gdybym nie miała tej rzeczonej twardej ręki i świadomości, że mam pewne zadanie do wykonania, to sądzę, że nie byłabym tutaj, gdzie jestem”.
Każdy jest gdzie jest – jedni na bruku, inni na wysokich stołkach. Ale czy ktoś jeszcze powie, że walka klas jest przeżytkiem?

Artykuł ukazał się w „Le Monde Diplomatique – edycja polska”
ludzie.pb.pl/karina-paulina-wsciubiak-hanko
manager.money.pl/ludzie/wywiady/artykul/zwolnienia;w;hucie;batory;prezes;rzadzi;twarda;reka,30,1,1069086.html

<< Wróć do poprzedniej strony