Szarley, czyli śląski „duch buntu”

Historia walk klasowych na Śląsku sięga czasów najdawniejszych. Jednak specyficzną rolę w jej rozwoju odegrała walka śląskich kopaczy, czyli górników. Roman Adler

Początek XIII w. to czasy wielkich zmian w świecie feudalnym. Rodziło się społeczeństwo stanowe, a monarchie patrymonialne przeżywały kryzys. Również rozbicie dzielnicowe na ziemiach polskich było jego wyrazem. Na tle rozpadu dotychczasowych struktur nowe tendencje natrafiały na gwałtowny czasami opór.

Główną z tych tendencji była kolonizacja w państwach niemieckich znana jako holenderska, flamandzka lub frankońska, a na ziemiach polskich, jako osadnictwo na prawie niemieckim, z którym najwcześniej  zetknęli się Piastowie śląscy. Jednym z pierwszych jej przejawów było sprowadzenie tkaczy z Walonii przez biskupa wrocławskiego w latach 1149-1169 Waltera.

Dla nich założył na południowy wschód od wrocławskiego kościoła św. Wojciecha przy kościele św. Maurycego osadę rzemieślniczą, zwaną platea Romanorum lub Gallicorum. Biskup ten był też inicjatorem osiedlania na Śląsku Flamandów.

Innym – było sprowadzenie przez księcia Bolesława Wysokiego w 1163 r. z Pforty nad Salą w Turyngii pierwszych cystersów do grodu w Lubiążu nad Odrą. W 1175 r. książę ten podpisał akt fundacji klasztoru w Lubiążu. Za mnichami z Turyngii przyszła kolej na osadników z innych ziem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Wielu z nich w tym czasie osiadłszy wśród ludności miejscowej, którą można określić, jako Ślązaków morawskich, czeskich i polskich oraz, zwłaszcza wśród rycerstwa, śląskich Polaków – bo wówczas ludzie nie mieli jeszcze świadomości narodowej – spontanicznie się slawizowała lub nawet polonizowała. Jednak w powstających na bazie podgrodzi lub na surowym pniu miastach procesy te nie prowadziły do asymilacji przybyszów, ale ich wyodrębnienia i nadawania niektórym miastom oblicza niemieckiego. We Wrocławiu pozostawał pod specjalną opieka księcia m.in. „największy targ książęcy z osadą «gości» z Niemiec i osiedlem Żydów, ciągnący się od Odry aż do kościoła św. Wojciecha”. To separowanie przybyszów było korzystne dla władcy, ale nie sprzyjało ich asymilacji.

Trzydzieści sześć lat później, jedno pokolenie po ufundowaniu klasztoru lubiąskiego, w 1211 r. położona nad rzeką Kaczawą i otaczającymi ją wzgórzami tej części Pogórza Sudeckiego osada górnicza Aurum założona przez przybyszów (hospites) – najpewniej z Moraw, Miśni i Łużyc oraz Saksonii – sprowadzanych zapewne już od czasów Bolesława Wysokiego, otrzymała od księcia Henryka Brodatego prawa miejskie na prawie magdeburskim. Dokonało się to w sposób typowy dla tego księcia: odpis przywileju arcybiskupa Wichmana po pożarze Magdeburga z 1188 r. zawierający zasady procedury sądowej i przepisy porządkowe, uznawany za tzw. prawo magdeburskie trafił do jego kancelarii, gdzie „w roku 1211 kazał dopisać u dołu (…), że nakazuje «swoim gościom ze Złota» stosować się do zawartych w nim przepisów i przywiesił swą pieczęć”. Nie był to przywilej lokacyjny i nie dotyczył Złotoryi, a tylko grupy książęcych „gości” z krain niemieckich, którzy ją zamieszkiwali i zajmowali się wydobyciem kruszców. Oznaczało to jednak nadanie samorządu miejskiego: zasadźcy-dziedzicznego wójta, będącego przedstawicielem pana feudalnego i wraz z kilkuosobową ławą miejską – złożoną z mieszczan – pełniącą rolę sądu, sprawującego sądy według surowego prawa magdeburskiego, a następnie tzw. Zwierciadła saskiego (Speculum Saxonum).

Rozwiązania te, wprowadzające na ziemiach polskich nieznane wcześniej instytucje samorządu stanowego dla mieszkańców miast i wsi najwyraźniej napotkały opór części konserwatywnych kręgów feudalnych. Pierwszymi jego przejawami było zbiegostwo chłopów, uważane za podstawową w feudalizmie formę walki klasowej. Dokument z 1193 r. relacjonuje niedatowaną ucieczkę niewolnika Zonowida i innych poddanych klasztoru kanoników regularnych Panny Marii we Wrocławiu Na Piasku, należącego do południowo flandryjskiej kongregacji w Arrouaise: Czarnoty, Bila, Turyty, Wilkosta, Godka i Swantka, których ów namówić miał do schronienia się w katedrze wrocławskiej. Tam prosili księcia, aby ich wyswobodził od niewoli u zakonników, częściowo romańskiego pochodzenia i sprowadzających osadników, określanych jako Gallici, ale zostali z katedry siłą wyprowadzeni i oddani z powrotem w łapy mnichów.

Natomiast na lata 1211-1215 przypadła pierwsza faza wieloletniego konfliktu Henryka Brodatego z biskupem wrocławskim, Wawrzyńcem, który chciał narzucić obowiązek dziesięciny sprowadzanym na jego ziemie osadnikom. Książę, popierając osadnictwo, utrzymywał, że aby biskup mógł pobierać dziesięciny na podległych mu ziemiach, musi uzyskać zgodę panującego władcy. Więcej – książę stał na stanowisku, że to on ma prawo sądzenia wszystkich mieszkańców księstwa, w tym – zamieszkałych w dobrach biskupa. W efekcie Henryk Brodaty, nie rezygnując ze swojej władzy nad podanymi biskupa, ufundował wprawdzie w 1214 r. szpital św. Ducha we Wrocławiu i sam kładł pod niego kamień węgielny, ale biskupa wrocławskiego Wawrzyńca tytułował episcopus meus.

Od 1216 r. do 1220 r. trwały w dziedzinach Henryka Brodatego, mimo zawarcia ugody z biskupem Wawrzyńcem w lutym 1217 r., poważne niepokoje społeczne. „Pobudką do wystąpień klasowych chłopów śląskich stał się zapewne sposób ściągania świadczeń przez klasztory oraz niechęć ludności polskiej do sprowadzanych przez te klasztory osadników niemieckich. Wiadomo jedynie, że w latach 1216 — 1217 przedmiotem ataków ludności stały się klasztory w Lubiążu i Trzebnicy.

 W bulli protekcyjnej z 5 II 1216 r. dla Trzebnicy papież Innocenty II zabraniał dokonywania na terenie majątków klasztornych rabunków, kradzieży, podpaleń, rozlewu krwi oraz chwytania i zabijania ludzi; podobną bullę otrzymał też klasztor w Lubiążu. Jak z dokumentów owych czasów wynika, klasztory te znalazły się w konflikcie z miejscowym klerem świeckim, który – walcząc z nimi i sprowadzanymi przez nie osadnikami niemieckimi – pobudzał przeciwko nim rycerzy i chłopów polskich.

W 1217 r. papież polecał już rzucić klątwę na ludzi napastujących klasztor lubiąski. Z początku 1218 r. pochodzi natomiast umowa między księciem wrocławskim Henrykiem Brodatym a władcą Wielkopolski Władysławem Laskonogim, w myśl której ten ostatni zobowiązał się nie przyjmować zbiegów, którzy schronili się w ostatnim czasie w jego dzielnicy, oraz wydawać ich właścicielowi. Umowa ta jest według wszelkiego prawdopodobieństwa, skutkiem ówczesnych „zaburzeń na terenie Śląska”. Według autorów „Historii chłopów śląskich” ucieczki te mogły być rezultatem uprzywilejowania osadników sprowadzanych przez mnichów, co łączyło się z krzywdą dawnej ludności, na przykład odbieraniem jej przez władze klasztorne z dawna użytkowanych gruntów i oddawaniem ich dla gospodarzy sprowadzanych z zagranicy.

Przełom w trakcie tych wydarzeń następuje wyraźnie w roku 1217. Wówczas następuje lokowanie Lwówka Śląskiego na prawie magdeburskim i dochodzi do  tzw. układu na przetrwanie Henryka Brodatego z Leszkiem Białym i Władysławem Laskonogim, którym książę śląski zobowiązał się do pomocy Leszkowi na Pomorzu, a Władysławowi przeciw bratankowi Odoniczowi w Wielkopolsce. W kontekście tego porozumienia należy widzieć umowę z 1218 r. Henryka I z Laskonogim przeciw zbiegom. Oznaczałaby ona, że opozycjoniści w tym czasie zostali już pokonani i próbowali się ukryć w Wielkopolsce.

Kulturotwórczy wpływ piastowskich instytucji górniczych

Lokowanie Lwówka jest znaczące z jeszcze jednego powodu: z tych czasów znane jest tzw.  złote prawo lwóweckie, nie przez przypadek uznawane za jedno z najstarszych w Europie rozporządzeń górniczych określających przywileje i obowiązki górników. Miejscowość położona jest na lewym brzegu Bobru, w kotlinie osłoniętej wzniesieniami Pogórza Izerskiego i Pogórza Kaczawskiego. Eksploatacja złota na obszarze wsi Płakowice (obecnie część miasta), Pieszków i Dworek i innych trwała już przed lokowaniem Lwówka, o czym świadczy fakt, że w 1209 roku Henryk I Brodaty nadał tej osadzie przywileje mili piwnej i rzemieślniczej, oraz uprawnienia rybołówcze i niższego sądownictwa. Jednak jak wynika z miejskich zapisek, na których oparł się w XIV w. falsyfikat przywileju lokacyjnego – bowiem sam Henryk Brodaty nie miał zwyczaju wystawiać takich dokumentów – dopiero w 1217 r. wytyczenia miasta dokonali „goście” Tomasz i Hartlieb. Z podobnego odpisu w księdze miejskiej Lwówka pochodzi tzw. Złote prawo lwóweckie z XIII w. Jego druga redakcja dokonana w 1345 r. zachowała się jako tzw. rozszerzone Złote prawo złotoryjskie. Jednak na jego znacznie wcześniejsze datowanie pozwala tzw. rękopis chełmiński z 1232 r. Był to przywilej wystawiony przez Krzyżaków, w którym mistrz Zakonu przywołał w sprawie wydobywania kruszców „takie prawo, jakie ma w ziemiach księstwa śląskiego (idem ius habeat, quo in terra ducis Silesiae)”. Wprawdzie niektórzy badacze uważają, że prawo to stanowiło recepcję do spraw górniczych tzw. „Zwierciadła Saskiego”, czy też pierwszy przejaw stosowania na ziemiach piastowskich prawa igławskiego z morawskiej Igławy, warto się jednak zastanowić, czy są to trafne wnioski. 

Złote prawo lwóweckie, czy też szerzej – złotoryjskie i lwóweckie można datować pomiędzy 1211 lub 1217 a 1232 r. Tymczasem tzw. „Zwierciadło saskie (z niem. Sachsenspiegel) było kodyfikacją prawa zwyczajowego z terenu Saksonii i powstało w latach 1220-1235. Jego autor Eike von Repgow spisał je pierwotnie w języku łacińskim, a dopiero później przetłumaczył na język niemiecki w dialekcie dolnoniemieckim”. Jednak ordynacja lwówecka – w odróżnieniu od przyjętego w Zwierciadle… sposobu ustalania tzw. regale górniczego „poniżej głębokości orki pługa” – „wprowadziła własne ustalenia granicy działania regale”. Przyjmowała „głębokość orki pługa”, ale uznawała w razie potrzeby „głębokość pracy brony, a nawet kosy”. Ta odrębność umożliwiała „górnikom, którzy otrzymali to nadanie, płukanie piasków zalegających na samej powierzchni ziemi bez zgody jej właściciela, a więc pochodzących z ziem uprawnych, łąk, sadów czy ogrodów. Taki podział granicy regale nie został już powtórzony w ordynacji złotoryjskiej” z połowy XIV w. Może to świadczyć o tym, że pierwotne Złote prawo lwóweckie korzystało z rozwiązań stosowanych wcześniej niż upowszechnione dopiero po 1235 r. przez Zwierciadło…

Podobnie ma się sprawa z tzw. prawem igławskim, którego pierwsza redakcja w stanowi wpis w księdze miejskiej Jihlavy z 1249 r. i z tzw. prawem freibergskim – które zostało spisane dopiero w 1255 r. W odróżnieniu od prawa igławskiego, które wielkość jednej działki górniczej określało kwadratem 7x7 łatrów, czyli około 200 m kw. – prawo lwóweckie i złotoryjskie mówiło o wielkości 2-4 wer, tj. mniej więcej 800x600 m kw.

W pierwszym – głównym przedstawicielem króla i zwierzchnikiem górników był urburariuisz, w drugim – „mistrz wodny (Wassermeister)”. Pierwszy mianował urzędników urzędu górniczego, górmistrza, przysięgłego, sztygarów i zaprzysięgał górników. Drugi wydawał zezwolenia na prowadzenie robót, wymierzał i nadawał działki, był dysponentem zapasów bieżącej wody, czuwał nad odwadnianiem kopalń, był sędzią nad gwarkami indywidualnymi i zrzeszonymi w sprawach mniejszej wagi, a w sprawach ważniejszych odsyłał do miejskiego sadu ławniczego. Sądy odbywał osobiście na terenie kopalni. Do połowy XIV w. „mistrz wodny” organizował centralne zarządzanie robót górniczych, a później, gdy rozwinął się pełny samorząd gwarecki, jego rola ograniczyła się do nadzoru i zapewnienia interesów księcia. Danina książęca, czyli olbora, którą mu płacono wynosiła tak w prawie lwóweckim, jak złotoryjskim 1/12 wydobytego złota, oddawanego w naturze, a nie – jak w prawie iławskim – 1/8 udziału... Wyraźnie widać, że prawa te znacznie się różniły. Tak więc Złote prawo lwóweckie musiało być zakorzenione w miejscowym dorobku prawnym i mogło być kodyfikacją nieznanego obecnie, opartego na miejscowych zwyczajach tzw. pierwotnego prawa szczawnickiego, które znane jest stąd, że przyjęło się w wielu miastach górniczych pogranicza czesko-polskiego, np. Gelnicy, która wcześniej miała własną kodyfikację.

Pełnego tekstu pierwotnego prawa lwóweckiego nie znamy, jednak z urywków w rękopisie chełmińskim można wnioskować, że mogło ono zawierać postanowienia zbliżone do tych, które znamy z przywilejów księcia Leszka Białego, wydanych w latach 1218-1224. W 1224 r. książę Leszek Biały, jako ostatni princeps, książę zwierzchni (dux totius Poloniae), którego władzę uznawali wszyscy polscy książęta dzielnicowi ogłosił statut górniczy dla księstwa krakowskiego. Gwarantował nim Włochom, Niemcom i innym cudzoziemcom, inventores – wysoko kwalifikowanym fachowcom, którzy wyszukiwali miejsca pod kopalnie złota – et fossores – i kopaczom – takie prawa i wolności jakie mieli w swoich ojczyznach (libertatem secundum consuetudinem terrarium), a których po przybyciu do Polski często byli pozbawiani, oraz przywilej prowadzenia kopalń złota na rachunek własny fossora, jedynie za opłatą czynszu na rzecz księcia (iustam solutionem) . Powodem jego wydania miało być m.in. powstanie kopaczy śląskich z 1220 r.

Co ciekawe, czy legenda z Kroniki Polskiej klasztoru lubiąskiego o bitwie między synami Henryka Brodatego: Konradem Kędzierzawym i Henrykiem Pobożnym stoczonej pod Studnicą nawiązuje do rzeczywistych wydarzeń, czy nie – faktem jest, że lata te były na Śląsku bardzo burzliwe. Ogłoszenie prawa lwóweckiego i przywilejów Leszka Białego wiąże się bowiem z powstaniem górników na Śląsku w 1220 r., które odbiło się szerokim echem w Małopolsce. 

Wśród zwycięskich górników śląskich mieli być też górnicy pochodzący z innych krajów, których wspomagali miejscowi chłopi. Wprawdzie po pierwszych sukcesach powstanie stłumiono, przyczyniło się ono jednak nie tylko do nadania śląskim kopaczom złota znacznych przywilejów społecznych i materialnych, ale i do narodzin nowego zjawiska kulturowego: w ówczesnym społeczeństwie zaczęto szanować górników i ich samorząd gwarecki. Dowodem wzrostu znaczenia tej grupy społeczno-zawodowej był m.in. ich późniejszy udział w bitwie pod Legnicą (1241 r.). A jeszcze za panowania Mieszka Starego (1173-1202) kopalnie były miejscem zsyłki dla złodziei, którym udowodniono kradzież bydła.

Według nie pozbawionej nuty schadenfreude notatki tzw. Kanonika Praskiego w Rocznikach kapituły praskiej, jedynego źródła, które w latach 30-tych XIII w., a wiec prawie na bieżąco odnotowało te wydarzenia – w 1220 r. „Polacy zabijani przez Prusów, przez Rusinów wycinani szałem miecza i maskrowani przez kopaczy złota, w nieszczęsny sposób ginęli (a.d. 1220 Poloni… a fossoribus auri mactati miserabiliter interierunt)”. O ile pierwsze dwa fakty dotyczyły walk na północy i wschodzie, „masakrowani przez kopaczy złota” byli Polacy na Śląsku. Wydarzenia te miały miejsce w trakcie walk pomiędzy Przemyślidą, margrabią Moraw Władysławem Henrykiem, a biskupem wrocławskim Wawrzyńcem na terenach pogranicznych księstw śląskich. Związane to było z odkryciem w dobrach należących do biskupstwa wrocławskiego pod Biskupią Kopą (w okolicy dzisiejszych Głuchołaz) złota, co doprowadziło do założenia osady górniczej Cukmantel (obecne Zlate Hory). Jednak kiedy biskup próbował od górników z Cukmantla egzekwować dziesięciny, odmówili ich, a następnie stanęli po stronie margrabiego i wyrżnęli bez pardonu – co było zaskoczeniem w świetle ówczesnych zwyczajów rycerskich – jakiś oddział polski, który próbował narzucić na ich terenie władzę biskupa. Jeszcze w 1224 r. biskup Wawrzyniec skarżył się papieżowi Honoriuszowi na króla czeskiego, że jako dziedzic margrabiego użytkował samowolnie te złotodajne dobra. Znaczący w tym konflikcie jest brak reakcji księcia Henryka Brodatego: czy uważał te pograniczne tereny za sporne, czy miał cichą satysfakcję, że Przemyślidzi utarli nosa purpuratowi, z którym toczył spory o dziesięciny, czy też sercem był po stronie górników, jako w większości przybyszów, których starał się chronić – trudno zgadnąć. Faktem jest, że nie stanął po stronie biskupa. Konflikt władzy świeckiej z feudałem duchownym o wolność „górniczego stanu”? Ciekawie to brzmi…

Literackim odbiciem tych napięć i sprzecznych interesów różnych grup kształtującego się społeczeństwa stanowego jest spisana przez anonimowego mnicha z Lubiąża, autora wspomnianej Kroniki polskiej, pod koniec XIII w., czyli w czasach zniemczonego już Piasta śląskiego Henryka IV Probusa, legenda o tzw. bitwie pod Studnicą albo Czerwonym Kościołem. Bitwa ta nie jest znana innym kronikom. Miało do niej jakoby dojść w wyniku „niezgody, jaką diabeł zasiał między synami Henryka Brodatego i Jadwigi” (późniejszej świętej śląskiej): starszym Konradem Kędzierzawym i najmłodszym z trójki – bo Bolesław zmarł wcześniej – Henrykiem, który przeszedł do historii, jako Pobożny. Konrad jest znany tylko z jednego dokumentu z roku 1208. Według historyków zginął między 1209 a 1217 r. Wiadomo też, że pod koniec 1207 r. Henryk Brodaty doprowadził do zawarcia umowy małżeństwa swojego nieletniego syna, Konrada z trzyletnią Agnieszką, córką króla Czech, Przemysła-Ottokara I, która została wysłana na Śląsk i „oddana na wychowanie” zakonnicom powstającego właśnie klasztoru cystersek w Trzebnicy. Zgodnie z legendą – przenoszącą według Benedykta Zientary na początek XIII w. pojawiającą się dopiero za panowania Henryka IV niechęć polskich Ślązaków do kolonistów niemieckich - po paru latach, na wieść, że ojciec chce go wbrew jego woli, ożenić nie z Agnieszką, ale z księżniczką saską, że zamierza go pominąć przy przekazywaniu władzy i młodszego Henryka regem Polonie instituere nitrebatur, „królem Polski starał się ustanowić”, Konrad, już wówczas władający na Lubiążu i Luzacyi, czyli części Łużyc miał jakoby „stanąć w obronie Polaków szląskich, aż w końcu przyszło do bitwy pod Studnicą”. Za Janem Długoszem, autor dawniejszej biografii Henryka Brodatego, Stanisław Smolka datował ową „bitwę” na 1213 r., a śmierć Konrada miała nastąpić wkrótce po niej.

W trakcie tych wydarzeń około 1217 r. księżniczka Agnieszka, późniejsza ksieni franciszkanek w Pradze, młodsza siostra księżniczki Anny, żony Henryka, opuściła Śląsk. Przyczyną wyjazdu miał być wspomniany podział księstwa z ewidentną niekorzyścią dla Konrada. Jednak w grę wchodzi też wspomniana próba narzucenia Konradowi zmiany mariażu: zamiast księżniczki czeskiej – saska. Po wyjeździe z Trzebnicy do Pragi Agnieszka została przez ojca zaręczona z dziewięcioletnim Henrykiem (1211-1242) synem cesarza Fryderyka II Hohnestauffa, późniejszym królem niemieckim, Henrykiem VII. Fryderyk miał dziewięć lat w roku 1219, czyli, że Agnieszka miała wówczas czternaście lat. Od tego momentu przez sześć lat przebywała w klasztorze rodowym Babenbergów pod Wiedniem, ale w 1225 r. zamiast niej Henryk poślubił Małgorzatę Babenberg. Gdyby Konrad Kędzierzawy zginął w 1213 r. – Agnieszka przebywałaby w Pradze przez sześć lat: od 1213 do 1219 r. Ponowne jej zaręczenie w 1219 r. wskazuje raczej na późniejszą datę jego śmierci, ponieważ logicznym wydaje się, że dopóki była narzeczoną Konrada – dopóty pozostawała na Śląsku. Z chwilą jego śmierci po legendarnej bitwie, lub tylko w wyniku wypadku na polowaniu – przypadkowego, czy nie, nie ważne – jej obecność stała się bezprzedmiotowa. Dlatego przesilenie w konflikcie Konrada z Henrykiem II, niezależnie od tego, czy nastąpiło w legendarnej bitwie-zbiorowym pojedynku, czy podczas zorganizowanych np. po ślubie Henryka z Anną łowach, należałoby raczej datować około roku 1217. Zwłaszcza, że odnowienie koligacji i przymierza Henryka Brodatego z Przemysłem Ottokarem I nastąpiło w wyniku ślubu jego drugiej córki, Anny z Henrykiem II, do którego doszło na przełomie 1217 i 1218 r. Biorąc pod uwagę pobożność niedoszłej żony Konrada i jej młodzieńczą egzaltację po tragicznej śmierci tego księcia – rok 1217, jako najbliższy tej tragedii wydaje się współgrać, poprzez okres żałoby z ponownymi zaręczynami w roku 1219.

Niezależnie od tego, czy bitwa ta jest tylko legendą, czy też doszło tam – jakoby za milczącą zgodą Henryka Brodatego i księżnej Jadwigi, chcących uniknąć wojny domowej – do zbiorowego, rycerskiego pojedynku braci, relacja mnicha lubiąskiego wskazuje, że tak po stronie Konrada, jak i Henryka stanęli rycerze zwerbowani poza Śląskiem. Co więcej – po stronie Henryka walczyli nie tylko rycerze, ale i chłopi. Jak to ujmuje kronikarz z lubiąskiego klasztoru: „Konrad, który nienawidził Niemców, zebrawszy Polaków z różnych ziem, zamierzał wygnać brata z nielicznymi Niemcami, jacy wówczas byli na Śląsku. Ojciec zaś i matka, którzy nie byli w stanie uśmierzyć tego zła, zezwolili na zbrojne starcie synów ustępując: ojciec do Głogowa, matka do Niemczy. Gdy synowie starli się na polu między Legnicą a Złotoryją w miejscu zwanym Studnica albo Czerwony Kościół, Henryk - wraz z niemieckimi przybyszami, tak chłopami, jak rycerzami, których zewsząd zebrał - zabiwszy niezliczonych Polaków, triumfalnie zdobył pole zwycięstwa, podczas gdy tamci, którzy zdołali się uratować, uciekali". Puentę legendy lapidarnie podaje Jedrzej Moraczewski w Dziejach Rzeczypospolitej Polskiej: „Henrik odniósł zwycięstwo, a pobity Konrad ledwie zdążył uciec do Głogowa pod zasłonę ojca. Osłabła przez to niezmiernie sprawa polska, a na ostatek spotkało ją i to nieszczęście, że Konrad w skutek spadnięcia z konia na łowach, dokonał żywota”. Kronikarz ujął rzecz dokładniej: wkrótce po starciu pod Studnicą „...Konrad..., udał się do puszczy tarnowskiej, gdzie podczas polowania, spadłszy z konia, złamał kręgosłup i umarł, (po czym) przewieziony do Trzebnicy, pochowany został w kapitularzu ze względu na siostrę, która go najbardziej umiłowała, zwany był zaś Kędzierzawym". Zwraca uwagę, że starcie miało miejsce między Legnicą a niedawno lokowaną Złotoryją, co może świadczyć, że brali w nim udział tamtejsi kopacze, objęci określeniem – „chłopi”. Całkiem więc możliwe, że starcie pod Studnicą zapoczątkowało wydarzenia, których finałem było powstanie górników z Cukmantla w 1220 r.

Dlaczego Bytomianie zgładzili proboszcza i wikarego?

Świadectwem natomiast wpływów walońskich lub flamandzkich w tych procesach jest tragedia bytomska z czasów Kazimierza Wielkiego. Od co najmniej 1136 r. gdy tzw. bulla gnieźnieńska (Ex commisso nobis a Deo) papieża Innocentego II wzmiankowała o kopaczach srebra pod Bytomiem (villa ante Bitom que Zversov dicitur cum rusticis, argenti fossoribus, cum duabus tabernis – wioska pod Bytomiem, która nazywają Zvrsov z wieśniakami, kopaczami srebra, z dwoma karczmami) – proboszcz tamtejszej parafii rościł sobie prawo do dziesięciny od tamtejszych poddanych. Dlatego owi kopacze przez lata dla świętego spokoju przeznaczali część dochodu na kościół św. Małgorzaty. Kiedy w 1254 r. książę opolski Władysław lokował na 140 łanach flamandzkich miasto Bytom jego zasadźca, jako wójt dziedziczny, otrzymał od księcia wydzielone z obszaru miasta 23 i 1/3 łana zwolnione od podatków z prawem zakładania młynów. Kopaczy bytomskich wkrótce książę przekształcił w wolnych gwarków i nadał im przywilej plumbum liberum, czyli wolnego ołowiu, który mogli zatrzymywać dla siebie. Ci zaś zaczęli prowadzić eksploatację złóż kruszców na własny rachunek, a księciu oddawali w ramach regale górniczego określoną część produkcji. Resztę zatrzymywali dla siebie, co musiało być nie w smak proboszczom bytomskim. I nic dziwnego, bo z ołowiu wtajemniczeni potrafili pozyskiwać srebro. Wkrótce też niektórym z nich w głowach się poprzewracało i pod łóżkami patrycjuszy bytomskich pojawiły się podobno srebrne nocniki… Skąd jednak owo wtajemniczenie? Klucz stanowi owe 140 łanów flamandzkich. Z jego pomocą trzeba szukać wyjaśnienia w interpretacji dawnych kronik.

Już w trzecim tomie Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae, czyli znanej Kronice… Jana Długosza czytamy o wydarzeniach z 1364 r. w Bytomiu. Pod rokiem 1367 Długosz podał informację, że mieszczanie bytomscy utopili dwóch księży kościoła parafialnego, Piotra z Koźla i jego wikarego i że „od tamtego czasu, jak wieść niesie, żyły srebrne i ołowiane w kopalniach bytomskich, za zbrodnię na sługach Bożych popełnioną, przerwały się i zginęły tak, iż wszelkie wydobywanie i wytwarzanie kruszców w tych miastach ustało”… Do tych wydarzeń nawiązuje powstała na przełomie XV i XVI w. kronika klasztoru św. Wincentego we Wrocławiu napisana przez Mikołaja Liebentala, która wieki całe przeleżała w archiwum i dopiero w 1839 r. została opublikowana w drugim tomie Scriptores rerum Silesiacaraum oder Sammlung schlesischer Geschichtschreiber (Rękopisach spraw śląskich, czyli zbiorze śląskich historyków). Na stronie 149 znajdujemy tam opis wyjaśniający – z punktu widzenia historiografii kościelnej – co przerwało wydobywanie kruszców pod Bytomiem. Działo się to podczas niepokojów politycznych o panowanie nad Bytomiem dwóch Piastów śląskich: Przemysława toszeckiego i Konrada oleśnickiego w 1364 r. Wówczas mieszczanie bytomscy, zwolennicy księcia Konrada podburzeni przez proboszcza starszego kościoła bytomskiego pod wezwaniem św. Małgorzaty, prepozyta pochodzącego z wrocławskiego klasztoru premonstratensów (norbertanów) uwięzili księży nowszego kościoła pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny: zwolenników księcia Przemysława plebana Piotra i wikarego Mikołaja, którzy zaopatrzeni w dekret papieża Urbana V zażądali zwrotu mienia parafialnego. Przebieg wydarzeń był dramatyczny: uwięzionych postawiono przed sądem ogólnego zgromadzenia mieszczan i skazano na śmierć bez przelewania krwi, czyli przez utopienie. Wyprowadzonych za miasto wrzucono do stawu, ale kiedy oprawcy byli już dość daleko młodszemu z nich, wikaremu, udało się jeszcze wydostać na brzeg. Zauważył to jeden z księżobójców, którzy natychmiast powrócili, by dokończyć dzieła. Ksiądz Mikołaj próbował się ratować i opowiedział im wizję, jaką miał jakoby w chwili, gdy tonął proboszcz Piotr. Miała mu się ukazać Dziewica Maria, która stoczyła walkę z duchem złego Szarlena. Niewiele to pomogło nieborakowi i nie bojący się Boga bytomianie wrzucili go z powrotem do wody. Tym razem jednak poczekali, aż utonie… Za te zbrodnie, według klasztornego kronikarza, na Bytom spadły klęski ludzkie i żywiołowe: interdykt kościelny, pożar, a w konsekwencji nędza. Niejako przy okazji mnich w skrócie wyjaśnił, jak doszło do wcześniejszych sukcesów miasta i pierwszych napięć między parafia a mieszczanami: rzeczony demon (Szarlen), który chciał skusić Bytomian, by ich dusze wtrącić do piekieł, ukazał im się w ludzkiej postaci i zaproponował w zamian za oddawanie mu dziesięciny urobku współpracę przy wydobyciu i ponoszeniu części kosztów robót. Bytomianie przyjęli zaproponowane warunki i przez wiele lat współpracowali z nim z powodzeniem. Dręczeni wyrzutami sumienia przeznaczali przez kilka lat część dochodu na kościół, ale z zawiści poniechali tego, dzielili zysk między siebie, nie dając nic kościołowi. Spotkała ich za to kara. Zły duch kazał robotnikom opuścić kopalnie, bo za zgodą Świętej Dziewicy, zaleje je rzeką z wnętrza ziemi, ponieważ mieszczanie oszukali parafialny kościół pod jej wezwaniem.

Około stu lat po opisaniu tych wypadków przez Liebentala, kuźnik z Roździenia pod Szopienicami, Walenty z Bruśków, znany jako Roździeński, w swoim poemacie Officina Ferrarai abo Huta y warstat z Kuźniami szlachetnego dzieła Żelaznego, wydanym w 1612 r., ale ponownie odkrytym dopiero w 1929 r., zamieścił podanie O zaginięciu kruszca bytomskiego, które uzupełnia relację o tamtych wydarzeniach. Według niego Bytomianie:

Wielkie szczęście przy kruszczach przez długi czas mieli,  Poki gory z niejakim Szalejem dzierżeli,  Lecz gdy go być skarbnika a ducha ziemnego  Poznali, wzbrzydzili się towarzystwem jego.  Więc by go jakkolwiek od siebie zagnali,  Rozmaite mu przykrości zawżdy wyrządzali,  Karaktery pisali, krzyżyki do tego  Czynili – a to kładli wiec na kruszce jego. Bacząc ich zmowę Szarlej on isty takową  Powiedział im – wywiodszy je do gor – rzecz nową,  Której nie bardzo radzi od niego słyszeli:  Że kruszec – przez one swą złość – utracić mieli.  Rozkazał wszystkim z trzaskiem, którzy byli w gorze,  By na wierzch uciekali, bo woda jak morze  Prędko gory zaleje. I tak zaraz wstała  Woda wielka – jako rzekł – a gory zalała.  A stad jeszcze Szalejem to jezioro zowią,  W którym tym czasem ryby miasto kruszcu łowią  Nad wszystkimi głęboko zalanymi doły, W których one bogate kruszce zatonęły. Wielokroć się zaś potym o kruszce kusili W innych miejscach, ale już po sobie nie mieli Onej pierwszej fortuny, bo im przeszkadzały Zawżdy wody – a zatym te gory ustały.

Z podania tego wynika, że kryzys górnictwa bytomskiego nie był całkowity. Co więcej, wiadomo, że w 1369 r. wzmiankowano kopalnie w rejonie stu łanów (Hundrethuben) oraz w pobliskich Miechowicach, Bobrku (dziś dzielnice Bytomia) czy niedalekich Bobrownikach i Piekarach Polskich (dziś Śląskich), a jeszcze na przełomie XV/XVI w. Bytom był miastem górniczym i miał prawo wagi, czyli przywilej książęcy z działalnością górniczą związany, o który konkurowały z nim założone wówczas Tarnowskie Góry. Należy zatem do owych kronikarskich i poetyckich relacji podchodzić racjonalnie. Pozwala to w miarę logicznie wyjaśnić przekazane w nich wydarzenia.

Taka rekonstrukcja ujawnia, że jeszcze w XIII w. na Śląsk docierali z Flandrii i Walonii mistrzowie „tajemnego” fachu górniczego. Widać to nawet w fakcie lokacji Bytomia na owych 140 łanach flamandzkich. Wśród mistrzów tych był najwyraźniej jakiś przybysz o imieniu Charl/Charley, co miejscowa ludność zapamiętała jako Szarlej. Zapewne po otrzymaniu od księcia pierwszych przywilejów górniczych mieszkańcy Bytomia zawarli z nim jakąś umowę, na mocy której mieli mu – a może i jego spadkobiercom – oddawać dziesiątą część urobku w zamian za współpracę przy wydobyciu i ponoszeniu części kosztów robót. Jego pomoc najwyraźniej miała charakter fachowy: doradzał, gdzie warto kopać, gdzie występują zagrożenia wodami podziemnymi i jak ich unikać. Przez dłuższy czas współpraca ta była obustronnie korzystna, a jej przestrzeganie zaczęło w Bytomiu kształtować nowe zwyczaje górnicze, w tym nawyki bezpieczeństwa, takie jak m.in. stosowanie się do znaków, owych „krzyżyków” nanoszonych pierwotnie przez flamandzkiego Szarleya, aby oznaczyć miejsca niebezpieczne. Jednak wiedza geognostyczna, która się za nimi kryła, dziś utożsamiana z tzw. różdżkarstwem, była w owym czasie, jako pozostająca poza kontrolą Kościoła, właściwie „szarlatanerią”. Przez podobieństwo brzmieniowe słów Szarley i szarlatan – czyli oszust, szalbierz (od francuskiego – wydrwigrosz, z włoskiego ciarlatano, urobionego od ciarlare – paplać) – wzięło się drugie, pejoratywne znaczenie słowa Szarlej. Co mogło sprzyjać tak radykalnej odmianie stosunku do niego? Być może nastąpiło to pod wpływem konfliktu z proboszczami nowej bytomskiej parafii WNMP, dążącymi do uzyskania dziesięciny od wydobycia kruszców na równi ze starszą parafią św. Małgorzaty. Stąd już blisko było do napiętnowania Szarleja, jako złego ducha, który opanował  Bytomian. Za tym poszły „przykrości”, które mu czyniono i przez kilka lat – z jego krzywdą – część dochodu przeznaczano na nowy kościół. Jednak w połowie XIV w. najwyraźniej wydobycie osiągnęło poziom wód podziemnych, co sprawiło, że w większości wyrobisk spadła wydajność, a co za tym idzie zyski. W takich okolicznościach poniechano opłat na rzecz kościoła. Sytuację zaognił konflikt polityczny. W jego trakcie mogło dojść do fałszowania „krzyżyków” na wyrobiskach naniesionych onegdaj przez Szarleja. A że niektóre z nich ostrzegały przed żyłami wodnymi – miary nieszczęść dopełniło katastrofalne wdarcie się wód podziemnych do głównych wyrobisk pod Bytomiem, co postawiło niedawno wzbogaconych mieszczan bytomskich u progu bankructwa. Z jakiegoś powodu sąd zgromadzenia ogólnego mieszkańców miasta uznał księży z kościoła WNMP winnymi – czy nie przypadkiem zniszczenia kopalń? – i tak doszło do opisanej tragedii. 

Nic więc dziwnego, że do dziś wśród górników śląskich duch Szarleja jest uważany, za ducha przewrotnego. Może to właśnie on ucieleśnia ducha buntu śląskich kopaczy przeciw wszelkiemu wyzyskowi: klasowemu, religijnemu i narodowemu? Szkoda tylko, że od tylu wieków musiał zejść do podziemia…

Kilka słów o powstaniu górników w Tarnowskich Górach

W czasach renesansu walka klasowa śląskich górników przeniosła się z Bytomia do pobliskich Tarnowskich Gór. Bardzo znamienne jest to, co się działo z górnictwem tarnogórskim i prawem górniczym po ogłoszeniu Ordunku gornego w 1528 r. i śmierci Jana II Dobrego w 1532 r.

W latach 1532-1536, gdy już samodzielnie władał Jerzy von Ansbach – po odkryciu w 1532 r. nowych, bogatszych od poprzednich złóż kruszcu – roczna produkcja rudy wynosiła około 50 tys. cetnarów (2900 t) ołowiu. „Gorączka ołowiu”, napływ setek, może tysięcy nowych ludzi przekroczyły możliwości urzędów utworzonych w mieście i margrabia polecił staroście górniczemu L. Gendorffowi udać się niezwłocznie do Tarnowskich Gór i zaprowadzić tam porządek, aby nowe złoża się nie zmarnowały. Nie poprawiło to sytuacji: Ordunek… w 1533 r. w części nie był przestrzegany, bo polscy gwarkowie zażądali równouprawnienia języka polskiego, a w kwietniu 1534 r. rada miasta Wrocławia wezwała margrafa Jerzego do zapewnienia bezpieczeństwa na drogach wokół miasteczka i wokół Bytomia, bo na przejeżdżających nimi Wrocławian napadali „rozbójnicy”. Jednocześnie narastały w dni wypłat spory między górnikami a gwarkami i urzędnikami o płace, podczas których dochodziło do przerw w pracy.

Właśnie 8 sierpnia tego roku, w dniu wypłaty doszło do rozruchów określanych, jako powstanie, które trwały przez trzy dni. Górnicy uzbrojeni w kilofy i siekiery pochodem ruszyli pod urząd górniczy, gdzie uwolnili więzionych od poprzednich wystąpień kamratów. Następnie zaczęli niszczyć urządzenia wyciągowe i odwadniające, zdewastowali huty, obrabowali domy urzędników. Dopiero wojsko sprowadzone przez starostę Gendorffa przy pomocy mieszczan i gwarków stłumiło bunt. Powodem było przekraczanie czasu pracy, zaostrzona dyscyplina pracy i praca w niedzielę i święta, a zwłaszcza faworyzowanie przez niemieckich urzędników Jerzego gwarków i górników niemieckich. Miało to miejsce szczególnie przy rozdziale tzw. lenszofu i dyngu. Polskim górnikom gwarkowie lub urzędnicy przydzielali dyng (roboty górnicze) w trudnych warunkach: przez kurzawki i twardą skałę docierali do złoża, ale po jego osiągnięciu lenszof (eksploatację przez określony czas za uzgodniony udział w zyskach) otrzymywali górnicy niemieccy. Niewłaściwie były też wykorzystywane pieniądze z kasy brackiej założonej przez Jana II. Przez prowadzenie akt i spraw w urzędach tylko po niemiecku łamane było zalecenie ustawy z 1528 r. o równouprawnieniu języka czeskiego i polskiego z niemieckim.  Dlatego przyjęta po tych wydarzeniach 16 sierpnia wspólna uchwała władz miejskich, urzędów górniczych i przedstawiciela margrabiego, choć zrzucała winę na górników i tzw. „luźny element” szczegółowo uregulowała czas pracy, dyscyplinę, pracę w niedziele i święta oraz nakazała dokonywać wypłat zgodnie z Ordunkiem. Wprowadzono też groźbę utraty mienia i rekwizycji wobec górników i gwarków sięgających po rozruchy, aby przeforsować swoje żądania; ograniczono czas przebywania „ludzi luźnych” w mieście do 3 dni, a gospodarzom, u których przebywali wydawanie ich po tym terminie w ręce władz; zabroniono przestępcom i wygnańcom wstępu do miasta oraz obowiązek zgłaszania się do władz wszystkich, którzy mieli zamiar się w nim osiedlić. Wszyscy pracujący w górnictwie mieli złożyć przysięgę określoną w ustawie z 1528 r.

Jednak już w 1537 r. nasiliły się spory gwarków z władzami górniczymi i margrabią o rozdział zysków, wysokość danin oraz mieszanie się władz w sprawy produkcji, co powodowało zmiany urzędników (m. in. w 1537 r. nie wypełniał obowiązków starosta górniczy von Drathousch i przysłana przez Jerzego komisja mianowała na jego miejsce Jana Schlichtinga). Wiązało się to ze spadkiem wydobycia i obniżaniem olbory ze względu na koszty odwadniania. Spadła też liczba nadań nowych kopalń w rejonie, a w 1538 r. L. Gendorff pisał do margrabiego, że kopalnie pracowały na odpadach i niedokładnie wyeksploatowanych złożach. Rok później margrabia wysłał z Karniowa swojego nadwornego pisarza, Jana Emicha, jako specjalnego wysłannika do Tarnowskich Gór, a ten stwierdził, że kopalnie są prawie opuszczone. Wydarzenia lat 1533–1539 świadczą, że rabunkowa gospodarka i nie przestrzeganie Ordunku… pod rządami margrafa Jerzego doprowadziły górnictwo tarnogórskie do kryzysu.

Czy i dziś nie mamy do czynienia z podobnymi mechanizmami zaostrzania się walki klasowej? Arogancja władców i obcych menedżerów, nie liczenie się z interesami miejscowych ludzi pracy, wreszcie nie możliwa do zaspokojenia chciwość właścicieli kapitałów – tak wtedy, jaki teraz muszą powodować kryzysy, których koszty ponoszą zwykli ludzie. 


Literatura

B. Zientara Henryk Brodaty i jego czasy. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1975, s. 50 i 63

K. Popiołek Śląskie dzieje. Wyd. 2, Państwowe Wydawnictwa Naukowe, Warszawa-Kraków 1981, s. 10.

B. Zientara Henryk Brodaty…, op.cit., s. 64

B. Zientara Henryk Brodaty…, op.cit., s. 132-133

Tamże, s. 174

Historia chłopów śląskich, op.cit., s. 60

K. Popiołek Śląskie dzieje…, op.cit., s. 27

Z. Boras Książęta piastowscy Śląska. Wyd. 2, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1978, s. 68

Historia chłopów śląskich, opracowanie zbiorowe, red. S. Inglot, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 60

Tamże, s. 

Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1957, s. 296 Sobótka: śląski kwartalnik historyczny. Tom 12,  Wrocławskie Towarzystwo Miłośników Historii

B. Zientara Henryk Brodaty…, op.cit. s. 133 Państwowego Muzeum Archeologicznego, Landeszentrale für Politische Bildung des Landes Sachsen-Anhalt i Urządu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego z okazji wystawy na temat „Zwierciadło saskie i prawo magdeburskie fundamentem Europy” zorganizowanej od 20 października (sobota) do 9 grudnia (niedziela) 2007 r. w Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie ul. Długa 52 (Arsenał). Podobnie, patrz : Heiner Lück Zwierciadło saskie i prawo magdeburskie fundamentem dla Europy – wystawa zorganizowana przez kraj związkowy Saksonia-Anhalt w Krakowie,

T. Dziekoński,  Wydobywanie i metalurgia kruszców na Dolnym Śląsku od XIII do połowy XX wieku. Polska Akademia Nauk – Instytut Historii Kultury Materialnej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Warszawa-Wrocław-Kraków-Gdańsk 1972, s. 26

A. Wędzki, Początki reformy miejskiej w środkowej Europie do połowy XIII wieku. Tom 27 Prace Naukowe Komisji Historycznej – Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, Państwowe Wydawnictwa Naukowe, Warszawa-Poznań 1974, s. 122

Przegląd historyczny, tom 43-44, Towarzystwo Miłośników Historii w Warszawie,  Polskie Towarzystwo Historyczne, Polska Oficyna Wydanicza BGW, Państwowe Wydawnictwa Naukowe, Warszawa 1952, s. 599

Slavia antiqua, t. VI,  Uniwersytet Warszawski. Katedra Archeologii Pradziejowej i Wczesnośredniowiecznej, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Katedra Archeologii Pradziejowej – 1959, s. 407

Historia Śląska: do roku 1764 cz. 4. Instytut Historii PAN, Warszawa 1960, s. 296, 302 i 303

Tamże, s. 295. Por. też: K. Maleczyński Uwagi o powstaniu górników w 1220 r. w: „Kwartalnik Historyczny” t. 61, wyd. 3-4, Towarzystwo Historyczne (Lwów, Poland), Polskie Towarzystwo Historyczne,  Instytut Historii (Polska Akademia Nauk) – 1954, s. 143 i dalsze.

M. Kudelka Česko-polský sborník vědeckých prací. Tom 1,  Slezský studijní ústav v Opavě, Opava 1955, s. 91

G. Labuda Słownik starożytności słowiańskich: zeszyt dyskusyjny. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław-Warszawa- Kraków 1958, s. 41

Revue historique polonaise: tom 70, Towarzystwo Miłośników Historii w Warszawie, Warszawa 1979, s. 45. Por. też: Przegląd historyczny, tom 54,  Towarzystwo Miłośników Historii w Warszawie,  Polskie Towarzystwo Historyczne, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, 1963, s. 99.

„Sobótka” Śląski kwartalnik historyczny, tom 22, Wrocław 1967, s. 21.

K. Jażdżewski:  Lubiąż: losy i kultura umysłowa śląskiego opactwa cystersów, 1163-1642, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław1992, s. 101

Kwartalnik historyczny, t. 95, wydania 1-2, Towarzystwo Historyczne, Warszawa 1988, s. 28

B. Zientara Henryk Brodaty... op.cit., s. 146

M. Biskup Śląsk i Pomorze w historii stosunków polsko-niemieckich w średniowieczu, Instytut Zachodni, Poznań 1987, s. 68

J. Moraczewski Dzieje Rzeczypospolitej Polskiej, t. I, wyd. drugie, nakładem i drukiem N. Kamieńskiego i spółki, Poznań 1862, s. 142

Mówią Wieki, magazyn historyczny, t. 15, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1972, s. 16; podobnie E. Walter Die Grabstätte Konrads, des Sohnes der hl. Hedwig, „Archiv für schlesische Kirchengeschichte” 14, 1956, s. 24 i następne. Dowód że, Konrad był wcześnie zmarłym narzeczonym Agnieszki – patrz: K. Jasiński Uwagi o genealogii Piastów Śląskich, t. 1, Wrocław 1973, s. 146

W. Sobieski Nieznany bohater śląski – szkice historyczne. Warszawa 1904, s. 244 i następne. Patrz też: Kwartalnik historyczny. Tom 95, wyd. 1-2, Towarzystwo Historyczne, Instytut Historii PAN, Warszawa 1988, s. 28

H. Łowmiański, Początki Polski: z dziejów Słowian w I tysiącleciu n.e: Tom 6,Część 2, Państwowe Wydawnictwa Naukowe, Warszawa 1985, s. 829-830 

J. Moraczewski Dzieje Rzeczypospolitej Polskiej, wyd. drugie poprawione, Nakładem i Drukiem N. Kamieńskiego i Spółki, Poznań 1862, s. 147 

<< Wróć do poprzedniej strony