Zmowa Tworkowska

Dariusz Zalega

Tworków – niewielka wieś w powiecie raciborskim. Niewielka, za to z pasjonującą historią jednego z największych buntów chłopskich na Górnym Śląsku.

Cofnijmy się  w czasie o ponad dwa wieki. Po rewolucji francuskiej na pruskiej wsi  zaczęło wrzeć. Major Pannwitz pisał: „Niewiarygodne wprost, jak głęboko zakorzenił się francuski zmysł wolności. Nie ukrywali się wcale z powtarzaniem „My już potrafimy na sposób francuski upomnieć się o swoje prawa””. Przestraszony król Prus, po klęskach w wojnie z Francją, wydał 9 października 1807 r. edykt o zniesieniu poddaństwa chłopów  i zniesieniu monopolu szlachty na obrót ziemią.  Edykt miał jednak dwie słabości: wchodził w życie dopiero 11 listopada 1810 – w dzień św. Marcina, a przede wszystkim – co potwierdzał kolejny dokument z 1809 r. – utrzymane zostały dotychczasowe pańszczyźniane powinności chłopów wobec panów.

Chłopi byli jednak przekonani, że wraz z wolnością osobistą nadejdzie też wolność od ciężarów na rzecz dworu. Pruski urzędnik Lehman wspominał, że „edykt zrodził wśród ludności wiejskiej wiarę, iż z dniem św. Marcina stanie się ona wolna od pańszczyzny”. W suplice do króla mieszkańców jednej z wsi czytamy: „Przez wiele lat musieliśmy znosić tak ciężko jarzmo narzuconych przez dominium pszczyńskie robocizn i ciężarów, że poczuliśmy się najszczęśliwszymi z ludzi, gdy doczekaliśmy się czasów, kiedy Wasza Królewska Mość raczyła zwrócić szczególną uwagę na los i dolę wieśniaka. (…) Przez to stan chłopski został podniesiony do rangi ludzi i obywateli kraju, został wyrwany z niewolnictwa.”

Wilhelm Wolff, przyjaciel Karola Marksa, autor licznych artykułów o wsi śląskiej, tak oceniał edykt znoszący poddaństwo w Prusach: „po pierwsze – dzieci chłopskie nie musiały już za psie pieniądze i niedowarzoną strawę służyć u dziedzica jako pastuchy wołów, koni, czy świń; po drugie – dzieci te chcąc się wyuczyć jakiegoś rzemiosła nie potrzebowały już zezwolenia pana, nie musiały płacić związanej z tym daniny rabusiom z bożej łaski, chełpiącym się długim szeregiem przodków. Po trzecie chłop mógł się żenić bez uprzedniego zezwolenia dziedzica i związanej z tym opłaty. Po czwarte – bez zezwolenia, bez konieczności opłacania wychodnego przenosić się mógł z jednej wsi do drugiej”.

Nawet ta niewielka reforma budziła jednak opór śląskiej szlachty. W jednym z jej memoriałów do króla Prus z 1811 r. czytamy: „Wasza Królewska Mość chciała cały lud obdarzyć wolnością osobistą, chociaż pociągało to utratę bez odszkodowań naszych z trudem legalnie zdobytych praw. Niestety, wolność nadana nieokrzesanemu ludowi prowadzi tylko do rozwiązłości i wyuzdania”.

„im si należy...”

W tym czasie Tworków należał do rodziny Eichendorfów. Liczył blisko 150 gospodarstw, ale tylko dwóch jego mieszkańców umiało pisać i czytać, w tym rzeźnik Maciej Graca. Wraz ze zbliżaniem się dnia św. Marcina napięcie na wsi rosło.

Biederman, rządca tworkowski pisał do dyrektora sądu miejskiego w Raciborzu, że chłopi zapowiadają, iż od 19 stycznia 1811 przestaną odrabiać pańszczyznę. 19 gmin wiejskich spisało w tworkowskiej karczmie zmowę, zobowiązując się do odmowy dalszego wykonywania świadczeń na rzecz panów. „W imieniu Trójcy Przenajświętszej zmawiają się niektóre gminy nie wykonywać dłużej robocizn. Ale nie z samowoli, tylko z powodu edyktu październikowego, Jeżeli którakolwiek gmina z powodu głupoty zbłądzi i poniesie szkodę, inne gminy zobowiązują się do pomocy radą i czynem, co stwierdzają poniżej własną pieczęcią i podpisem”. Uważano, że tylko machinacje szlachty i władz lokalnych ukrywają prawdziwy charakter edyktu króla.

Biederman: „zaznaczam, że zebraniu w karczmie nie mogłem niczym przeszkodzić, nie ryzykując gwałtów, a powszechnemu powstaniu nie sprosta nikt poza egzekucją wojskową”.

Sąd skierował do Tworkowa urzędnika Lehmana, który miał zbadać sytuację i pouczyć chłopów. Bez skutku. A ruch obejmował coraz więcej gmin – po obu stronach Olzy. Z Tworkowa wysyłano ludzi do innych wsi, by je przyciągnąć do zmowy.

11 lutego odezwał się król Fryderyk Wilhelm III: „z wielkim niezadowoleniem dowiedziałem się, że na Górnym Śląsku liczne gminy odmawiają panom pańszczyzn, które im się należą”, zapowiadając podjęcie surowych działań przeciwko buntownikom.

Tymczasem już po północy z 10 na 11 lutego, w tajemnicy, z Raciborza do Tworkowa wyjechał 60-osobowy oddział żołnierzy rotmistrza Koehlera. Na miejscu byli o 7 rano. Część żołnierzy kordonem opasała wieś. Jeden z podoficerów z grupą huzarów pośpieszył do kościelnej dzwonnicy, by nie dopuścić do bicia w dzwony, reszta ruszyła w głąb wsi. Ludzie zaczęli się gromadzić w miejscu gminnych zebrań. Lehman wezwał chłopów do posłuszeństwa. Ci nie ustąpili. Przystąpiono do zatrzymywania przywódców buntu, których załadowano na wóz. Aby chłopi nie próbowali ich odbić, huzarzy rozproszyli tłum. Lehman zarządził, że oddział pozostanie w Tworkowie na koszt gminy. Około godziny 15 dotarła informacja, że od strony Odry idzie 50-osobowa uzbrojona grupa chłopów z pobliskich wsi Nieboczów i Lubomia. Huzarzy ruszyli jej naprzeciw. Rozproszyli ją przed granicą wsi. Było kilku rannych.

„oporni nie chcą się zgodzić...”

Zwołano wiece w innych wsiach. Mieszkańcy 15 gmin  z obu stron Odry ustalili, że trzeba iść na Tworków. Szymon Boczek miał mówić „gdyby żołnierze cokolwiek złego uczynili chłopom, to trzeba będzie ich rąbać. Kosy powinny być naostrzone...” Pół tysiąca ochotników podzielono na dwa oddziały – jeden miał o zmroku 12 lutego zaatakować żołnierzy we wsi od czoła, a drugi obejść ją od tyłu. Zawiodła koordynacja. Wojsko rozproszyło chłopów. Tej nocy oddziału wojska spała w zamku, a druga – poza wsią obawiając się nocnego ataku. Lehman apelował do władz o nadesłanie posiłków wojskowych, bo „oporni żadną miarą nie chcą się zgodzić na porządek”. Nie chodziło już tylko o Tworków.

15 lutego na czterech rogach rynku w Raciborzu, gdzie odbywał się targ, przy biciu w bębny odczytano nakaz powrotu do pracy. Urzędnik spostrzegł, że „chłopi szydzą”. Zatrzymano niejakiego Palińskiego z Brzezia, któremu wymierzono 50 batów. W nakazie przestrzegano: „kto się uzbrojonej mocy, to jest wojakom, sprzeciwi, podlega śmierci”.
Tymczasem ruch chłopski coraz bardziej rozszerzał się. W Godowie i Gołkowicach chłopi wymusili na panach zrzeczenie się pańszczyzny. W Marklowicach Górnych wymierzyli 50 pałek panu von Minnigerode. Scholetterbacha, deputowanego z powiatu pszczyńskiego, pobito, obrabowano, a potem musiał jeszcze chłopom nabijać fajki. W Rogoźnej, Ornontowicach  i Wyrach splądrowano dwory. W Pawłowicach chłopi kazali się całować po rękach właścicielowi majątku. Wszędzie wymuszano na szlachcie zrzeczenia się pańszczyzny. Miejscową szlachtę zaczęła ogarniać panika, o czym wspominał pszczyński książę Anhlat von Pless. Uciekano do większych miast, nawet do Krakowa.

Dopiero przybycie większych oddziałów wojskowych – batalionu piechoty z armatami, ułanów z Gliwic i huzarów z Prudnika, pozwoliło opanować sytuację. W kolejnych wsiach żołnierze spędzali chłopów, nie szczędząc przy tym batów, by wrócili do roboty na pańskich polach. W samych Wyrach wymierzono 1000 batów. W starciach pod Mikołowem i Rybnikiem padło kilku chłopów. Śledztwem objęto 1000 osób, z których część znalazła się w twierdz kozielskiej. Ostatecznie 100 osób skazano na więzienie, a blisko 600 wymierzono kary cielesne.
Panowie Eichendorchowie, Larischowie, czy von Pless mogli spać spokojnie – nie na długo.

Artykuł ukazał się w „Le Monde Diplomatique – edycja polska” (styczeń 2016)

<< Wróć do poprzedniej strony